wtorek, 3 stycznia 2012

Dubaj: cicha wojna w powietrzu

Zdjęcie i świat do góry nogami. Które linie będą największe?
Mieszkając w otoczeniu pilotów Emirates, można podobno nasłuchać się ciekawych historii. Jedną z nich jest stan wojny pomiędzy Lufthansą a Emirates.

Dubaj Airport jest macierzystym portem lotniczym dla linii lotniczych Emirates, którego włascicielem jest sam emirat Dubaju, oraz która to linia ma ambicje zostać największa na świecie, choć jest jeszcze bardzo młoda. Jednym z najbardziej lukratywnych rynków są Niemcy. 

Tak więc Emirates, przebojem wdzierając się na rynek, zdobywając klientelę znacznie wyższą jakością obsługi, bardzo nowoczesną flotą samolotów wyłącznie szerokokadłubowych i młodszymi stewardessami, stało się wrogiem dla Lufthansy.

Używam słowa „wróg” z rozmysłem. Jak inaczej nazwać taki element rozgrywki: wymuszanie przez wieżę kontrolną w Dubaju krążenie samolotu Lufthansy z Frankfurtu przez 2,5 godziny („jesteście 21. w kolejce do ladowania”), po czym piloci są zmuszeni do lotu do Abu Dhabi, aby dotankować, wracają nad Dubaj, gdzie jeszcze dla higieny wieża przetrzymuje pół godzinki nad miastem, by w końcu zezwolić na lądowanie?

To, że Emirates rządzi w Dubaju widać na lotnisku od razu. Pasażerowie obsługiwani przez te linie maja osobne wyjście z przylotów, obsługiwani sa w ten sposób poza kolejnością. Najmocniejsze jest to, że wiza do Zjednoczonych emiratów Arabskich jest znacznie tańsza, jeśli przylatuje się Emirates!

Ja miałem szczęście. Nad Dubajem samolot Lufthansy, którym przyleciałem, zatoczyć musiał tylko jedno 40-minutowe kółko. Walka w powietrzu o rynek niemiecki (i inne) trwa w najlepsze.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Dubaj - zaa kierownicy

Wielokrotnie słyszałem w Polsce, że jazda autostradą jest taka nudna, że można zasnąć za kierownicą – brzmiało to jak psychologiczna akceptacja polskiego stanu dróg. Jazda tutejszą autostradą w takim razie jest lekarstwem na bezsenność. Jadąc jako pasażer do Al Alain w obie strony, mając przed oczami niemożebnie monotonny krajobraz i prostą, nudną drogę bez zakrętów nie przechodząca przez żadne miejscowości, zmęczony ostrym słońcem i stała prędkością - zasnąłem.

Zjednoczone Emiraty Arabskie, kraj na wskroś pustynny, gdzie kilkadziesiąt lat temu głównym środkiem lokomocji był wielbłąd, to dzisiaj raj dla kierowcy. Szerokie trasy, bezkolizyjne skrzyżowania to norma, a główne arterie mają 6 do 8 pasów w każdą stronę. Wszędzie jedzie się płynnie. Wszędzie dba się o miejsca do parkowania, każde centrum handlowe – które zresztą pełni role centrum życia, szczególnie w miesiącach letnich, gdzie na zewnątrz po prostu nie da się wytrzymać, ma gigantyczne parkingi.
Trasa przez pustynię

Dubajskie metro (nad ziemią, a raczej wodą)
Drogi są znakomicie oznakowane i zawsze dwujęzycznie, co ze względu na fakt nieczytelnego dla nikogo poza tubylcami z regionu arabskojęzycznego, pisane pismem arabskim, jest podejściem systemowym.

Przyznać trzeba, że funkcjonowanie w Dubaju bez auta jest w zasadzie niemożliwe. Owszem, są autobusy, nawet metro, które idzie głównie nad ziemią, ale i tak, aby tu żyć i normalnie funkcjonować, trzeba robić średnio 50 do 100 km dziennie – co zresztą ze względu na płynność jazdy, nie stanowi żadnego kłopotu.

Klimatyzowany przystanek autobusowy
Większość aut prywatnych to ogromne auta terentowe klasy Toyota Land Rover czy Hummer H3, jest tez sporo aut luksusowych. Wszystko to pewnie zżera ogromne ilości paliwa – ale kto by się przejmował spalaniem w kraju, w którym 1 listr beznyzny kosztuje równowartość ok. 1,5 PLN.

Dwujęzyczne oznakowanie
Radość z jazdy mąci bardzo restrykcyjna polityka dotycząca ograniczeń prędkości. Ograniczenie prędkości na autostradzie do 120 km przy regularnie pojawiających się co jakies 2 km fotoradarach. W wielu autach jest montowany alarm, który przy przekroczeniu tej prędkości wydają delikatny, acz irytujący dźwięk. Na odcinkach lokalnych, parkingach, są wszedzie garby na drodze, zmuszające do zwalniania i sprawiające drogim i nisko zawieszonym modelom sportowym przykrość.

Benzyna - 1,5 PLN za litr
Ciekawych doznań natomiast dostarczają wrażenia estetyczne i rozmach inżynierski infrastruktury, od metra naziemnego, poprzez tunele pod wodą na klimatyzowanych kabinach przystanków autobusowych kończąc (co w kraju, gdzie przez pół roku temperatura nie schodzi poniżej 40 stopni jest jedynym rozwiązaniem).

niedziela, 1 stycznia 2012

Dubaj: pokaż mi szkołę, a powiem ci co to za kraj

Typowy autobus szkolny w ZEA

Pokaż mi swoja szkołę, a powiem ci wszystko o twoim kraju – można by powiedzieć. 

Miałem okazję odwiedzić Wellington Academy w Dubaju, i wraz z paroma osobami zostać oprowadzonym przez dyrektora szkoły, Brytyjczyka w każdym calu, od akcentu poczynając. Była to świetna okazja do porównania jej ze szkołą amerykańską z Addis Abeby.
Główny hall szkoly
Zwiedzana przeze mnie szkoła, zbudowana, jak większość budynków tutaj, poprzez odlew betonowy, zdaje się robić sterylne wrażenie. Wszystko z rozmachem, włącznie z basenem pod parasolami i eleganckim boiskiem do piłki nożnej ze sztuczną trawą. Sam budynek i jego wykończenie robi wrażenie bardziej biurowca niż szkoły, może wpłynęły na to „zimne” oświetlenie i architektura.

Klasa nauczania przedszkolnego
Typowa szkoła dla dzieci „expatów”, a więc obcokrajowców, którzy przybywając z całego świata, czy to z Europy, Ameryki, Australii czy Azji, dobrze zarabiając, chcą zadbać o przyszłość właśnych dzieci. Wiadomo, że będą tutaj z reguły jedynie kilka lat, a więc wybór szkoły musi byc staranny, a cena czesnego odpowiednio wysoka (wg moich wyliczeń ok. 4000 PLN miesięcznie).

Basen "częściowo" kryty
Dubaj pełen jest budynków z wielkimi napisami typu „Iranian College”, „the English College”, „Pakistanian School for Boys&Girls” – to odzwierciedla charakter współczesnych Emiratów – zarówno fakt, że szkoły są płatne, jak i to, że – w rejonie, gdzie tygiel obcokrajowców tworzy 80% społeczeństwa, co wieksze diaspory starają się zadbać o tożsamośc i edukację, oczywiście przestrzegając lokalnych wymogów prawa.

Boisko. W tle typowy krajobraz budowlany
Można się naśmiewać z tej drobiazgowej dbałości o rozwój ucznia, wygórowanych kosztów, ale z drugiej strony z takich szkół wychodzą prawdziwi obywatele świata – siła rzeczy wynika to równiez z tego, że rodziców z roznych przyczyn rzuca po świecie. Zawsze mnie interesowało, co po wielu latach dla ludzi, którzy skończyli takie szkoły, jest prawdziwym domem, gdzie jest miejsce, które uważają za swoje korzenie.