czwartek, 3 marca 2011

The Czinga problem

[cd. poprzedniego]
Jezyk amharski, jak juz wpominalem, to trudny jezyk. Nic nam nie przypomina, wiec wszystko co uslyszysz, ulatuje z glowy. Ale slowa 'czinga' nie zapomne – bo czinga to po prostu pasek klinowy.

Utknelismy na trasie z Korem do Sekoty w drodze do Lalibeli. Bez zapasow wody, w najwiekszym skwarze, bez zasiegu telefonu komorkowego i w srodku nigdzie. Co prawda – szacunkowo – od Korem bylismy jakies parenascie kilometrow, ale z uziemionym autem raczej niczego to nie zmienialo. Proba ruszenia auta powodowala natychmiastowy odglos bulgotania wody, wiec nie moglismy ryzykowac powrotu.

W Etiopii nie ma takiego miejsca, ktore nazwac mozna 'w srodku nigdzie'. Rok temu, jak Filip opowiadal mi, ze gdyby wyladowac spadochronem w dowolnym miejscu Etiopii, natychmiast otoczy cie dziesiec osob, smialem sie traktujac to jako zart.

Po paru minutach wokol nas bylo okolo 10 osob: dwoch motocyklistow z pasazerami, jakis – na oko – pasterz i kilkoro dzieci. Zaczela sie wielka debata – w jezyku tigrinia i po amharsku oczywiscie. Kilku facetow razem z Demuzayele uwaznie przygladali sie temu, co kryje maska Toyoty Land Cruiser. Diagnoza byla prosta, jeden z nich zwrocil sie do mnie i po angielsu powiedzial: 'This is the czinga problem'.

Grupa wypracowala rozwiazanie: pasterz pilnuje auta, Demuzayele jedzie po pasek klinowy do Korem, a jesli tam nie bedzie, to do Almaty, a ja do hotelu w Korem. Pasek zostanie zamontowany albo przez mechanika, a jesli takiego nie bedzie, w ostatecznosci przez jednego z zebranych mezczyzn.

Zabieram najpotrzebniejsze rzeczy do malego plecaka, laduje sie na trzeciego na motocykl, i jade do Korem. Pomimo trudnych warunkow w trakcie drogi Etiopczycy na motocyklu prowadza ze mna ozywiona rozmowe. Czuje pozytywne wibracje, a moze to wibracje od motocykla?

Laduje w hotelu. Jestem juz zaprzyjazniony z Solomonem i Gabriotem. Stawiam im obiad, w koncu mam za co byc wdzieczny – natychmiast nam pomogli. Rozmowa jest o Etiopii, Polsce. Obaj, o dziwo, swietnie znaja angielski. Co prawda z wymowa jest slabo, ale slownictwo – az jestem zaskoczony. Jak sie okazuje, obaj uzywaja jezyka w pracy, szczegolnie w formie pisemnej – jeden pracuje w agendzie Banku Swiatowego, drugi przy jakims rzadowym projekcie, obejzdzajac uprawy rolne na motocyklu.

Idziemy przez miasteczko. Ludzie zaczepiaja nas, pozdrawiaja, a nawet przylaczaja sie, aby isc z nami przez pare minut. Czas zatrzymuje sie w miejscu, liczy sie tylko tu i teraz. Prowadzimy niespieszne rozmowy, pijemy kawe, wymieniamy sie spostrzezeniami na temat sytuacji Etiopii i roznic pomiedzy krajami.

Rano nie czuje presji czasu. Co bedzie to bedzie. Siedze przy stoliku przez hotelem, a ludzie wymieniaja sie – kazdy z nich chce ze mna chwilke pogadac. A to o historii, o ekonomii, o polityce, dowiedziec sie czegos o Polsce. Jak widac Etiopczycy sa z jednej strony mocno przekonani, ze sa bardzo biedni, z drugiej strony czuja, jak radykalnie przyspiesza rozwoj ich kraju.

Widze w nich nas, Polakow, 20 lat temu. Komuna pada, a my musimy zaczynac prawie od poczatku. Duzo obaw, sporo kompleksow, i mnostwo pracy nad wlasna mentalnoscia do zrobienia. Mowie wiec moim Etiopczykom – popatrzcie na nas, pracowalismy na to, abym mogl tu przyjechac 20 lat. Trzeba wiec byc cierpliwym i robic konsekwentnie swoje.

Przychodzi Demuzayele. Twardy gosc, w nocy dojechal autem do Korem, co 200 m przystajac i dolewajac wody do chlodnicy. Sciagnal mechanika z Almaty, ktory w ciagu godziny naprawia auto, z nieniknacym usmiechem na ustach. Wyjezdzamy. Zegnam sie z ludzmi. W sumie to usmiech losu a nie pech zepsul auto. Dzieki temu spedzilem dzien z ludzmi tutaj, zupelnie nie planowany ani aranzowany. Dzien bogaty w przemyslenia dla obu stron.

środa, 2 marca 2011

Przepraszam - czy mozna juz zaczac panikowac?

Trasa Hawzien – Lalibela. Zaplanowalismy tankowanie w Maychew, ale mialem rowniez wyznaczona rezerwowa stacje w Korem, jakies 40 km dalej. W Maychew dowiedzielismy sie, ze odkad jakies auto staranowalo dystrybutory, stacja jest nieczynna. W Korem zreszta tez. Szlag trafil plan glowny i plan rezerwowy.
Najblizsza stacja jest w Almata, 60 km stad. Zbladlem.

Uprzejmi tubylcy doradzaja, aby kupic rope z kanistra na czarnym rynku. Demuzayele nawet nie chce o tym slyszec – ryzyko ochrzczonego paliwa wysokie, unieruchomi to silnik na dobre. Wsiada, zaciska zeby, mowi ze bedzie ok. i jedziemy dalej.

Ha, a jednak sie udalo! Nie mam pojecia, jakim cudem; byc moze dlatego, ze ostatnie 10 kilometrow bylo zjazdem z gory. Na oparach paliwa dotarlismy w koncu do czynnej stacji benzynowej w Almata, z koniecznosci zbaczajac 15 km z trasy.

Zawracamy z pelnym bakiem do Korem. Juz rozluzniony zjadam batona z platkow, ktore Filip dal nam na czarna godzine, gdyby nie bylo mozliwosci albo czasu by cos zjesc.

Czuje niepokoj. Czuje mrownienie na jezyku i w gardle. Niemozliwe.....! Czuje puchniecie – reakcja alergiczna. Mysli zaczynaja przyspieszac. Alergia – nie wiem na co. A wiec nie wiem, jak silna bedzie reakcja i na jakim stadium sie zatrzyma. Na dostep do lekarza nie ma co liczyc. Uff, przypominam sobie, ze mam zyrtec w walizce. Zatrzymujemy auto, wyciagam i zazywam. Jedziemy.

Czytam ulotke i zamieram – nic mi to najprawdopodbniej nie pomoze.

Jest coraz gorzej, czuje, ze przelykanie juz nie bardzo dziala: tylnia czesc jezyka jest juz przy gardle. Pisze goraczkowo smsa do kolegi w Polsce, ktory jest switnie zorientowany w substancjach medycznych – jaka substancje czynna powinienem zazyc. Docieramy do Korem, nerwowo tlumacze kierowcy, aby poszukal apteki. Zrozumial.

Wchodze do apteki. Za lada siedzi znudzony starzec. Tlumacze prostym zdaniem, ze mam reakcje alergiczna. On, nawet nie patrzac na polke siega na pamiec po – wydaje sie – pierwsza z brzegu plastikowa fiolke. Promethazine 25 mg. Starzec mowi: „Alerdzi? If ju tejk dis, ju fiil kondzio" (znaczy – pieknie). Dzwonie do kolegi – nie odbiera, nie odpowiedzial na smsa. Kupuje 4 tabletki za 1 Birr'a. Ale nie zazywam.

Jedziemy dalej, ja sie zastanawiam, czy zazywac cos czego kompletnie nie znam. W koncu pierwsza zasada leczenia – nie szkodzic. Wyjezdzamy z Korem w kierunku Lalibeli. Wjezdzamy w gory, jestem rozdarty. Zaraz strace zasieg telefonu, moze powininenem zawrocic? Czy moge juz panikowac? Patrze bezmyslnie na telefon i widze, ze dokladnie w momencie utraty zasiegu przychodzi sms. Od kolegi - ze spisem substancji czynnych. Studiuje ten spis i gdzies na koncu pojawia sie bliskobrzmiace 'promethazini hydrochloridum'.

No to zazywac czy nie? Nagle zorientowalem sie ze stoimy gdzie w srodku gor, parenascie kilomentrow od Korem. Demuzayele pokazuje na jakas kontrolke jaka mu sie zaswiecila, wysiada, otwiera maske. Trzasnal pasek klinowy, chlodnica nie dziala. Nie mozemy jechac.

Wysiadam z auta. Usmiecham sie. Demuzayele patrzy na mnie zdziwiony zza otwartej maski. Co z tego, ze jestesmy unieruchomieni w srodku nigdzie bez zapasow zywnosci, wody i mozliwosci telefonowania – reakcja alergiczna zaczela ustepowac.

CDN.

Film drogi

Jest w tym jakiś rytuał – premierzać kraj w rytmie noclegów i poszczególnych etapów. Krajobazy mijają, zmieniają się, główną dekoracją jest auto, w którym spędzasz całe dnie. Do tej pory taka romantyka znana mi była z kina, dzisiaj jestem w niej zanurzony.

Przed moimi oczami przewija się krajobraz. Asfalt czy ubita ziemia, góry lub płaskowyż, środek miasta czy odludzie. Ciągle świeci to samo, ostre słońce na niezmiennie bezchmurnym niebie. Dzień przebiega według rytmu: wyjazd – przerwa – dojechanie. Duże wrażenie robią na mnie odwiedziny przydrożnych kafejek – które oczywiście zupełnie nie przypominają tego, co za kafejkę uważamy my. Są to zawsze więcej niż skromne warunki, ale ludzie niezmiennie się do Ciebie uśmiechają.

Jest w tym coś niezwykłego – podzwiać krajobrazy, pozdrawiać ludzi z okna samochodu, widzieć krzyczące dzieci w swoim kierunku, sprawnie omijać stada bydła, wiedząc, że jest tu się prawodpodbnie raz w życiu.
Tam gdzie się zatrzymujemy, podchodzą dzieci i młodzi chłopcy. Rozmowy, jakie się z nimi przeprowadza, robia wrazenie. Nawet jeśli chcą coś sprzedać, albo proszą o długopis czy o pieniądze, spotykając się z odmową, nie obrażają się. Są ciekawe Ciebie, chcą rozmawiać dalej. Często rozmowa odbywa się niemal bez słów.

Oczy dzieci są – jak tylko złapiesz z nimi dłuższy kontakt wzrokowy – niesamowite. Powiesz 'salam' (jako powitanie) - uśmiechają się, czasem trochę wstydzą, próbują rozmawiać nawet niemal nie znając angielskiego. Cieszą się, że moga zadać pytanie czy odpowiedzieć. Uśmiech jest zniewalający.

Takie proste, przygodne rozmowy robią na mnie za każdym razem duze wrażenie. Kontakt jest taki bezpośredni – my, ludzie Zachodu, już tak nie potrafimy. My mamy maski, odgradzamy się, stojąc blisko siebie, udaemy, że nie widzimy, rzadko zagadujemy, każdy biegnie w swoją stronę. Budujemy dystas i czujemy się niekomfortowo, gdy ktoś chce ten dystans skrócić.

Czuję się odarty z maski. Śmieję się w trakcie rozmowy jak dziecko, cieszę się tą bezpośredniością kontaktu. Ci ludzie dają mi energię, o której zapomniałem, na którą nie mam czasu. Ludzie tutaj wydają się bardzo, bardzo ubodzy, a jednak mam nieodparte wrażenie, że żyją bardziej niż my. Oni maja czas, podczas gdy czas posiada nas.

W moim filmie drogi uśmiecham się do ludzi znacznie częściej.